Ks. Bogdan Kulik MSF, ADS Górka Klasztorna

To musiała być poranna Msza św., ale nie pamiętam dokładnie. Może wieczorna? Minęło przecież ponad 31 lat… Ale wiem na pewno, że właśnie wtedy po praz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu Apostolstwa Dobrej Śmierci. Ksiądz ogłosił, że po Mszy można zapisać się do ADS. Gdy to usłyszałem, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że chcę to zrobić, bo chcę iść do nieba! I zrobiłem! Miałem wtedy 11 lat.

Pochodzę z parafii Świętej Rodziny w Gliwicach, prowadzonej przez Misjonarzy Świętej Rodziny. To właśnie tam, 1 kwietnia 1987 r., zapisałem się do ADS. Po wspomnianej Mszy św. poszedłem do zakrystii, gdzie „urzędował” br. Józef Winkelmann MSF. Jak daleko sięgam pamięcią od zawsze był zakrystianem w naszej parafii (zmarł, gdy już od sześciu lat byłem księdzem). Podszedłem do Niego i powiedziałem, że chcę zapisać do Apostolstwa siebie i całą moją Rodzinę. Br. Józef odpowiedział mi, że innych zapisać nie mogę, bo każdy sam musi podjąć tę decyzję, ale mogę się za moich Bliskich modlić. Potem popatrzył na mnie badawczo i zadał mi pytanie, którego nie zapomnę do końca życia: „A Ty na pewno będziesz się modlił? Bo to nie je lipa?” Zapewniłem Go, że oczywiście, będę się modlił.

Jednak byłem trochę zbity z tropu przez tą „lipę”. Jako nieoświecony jedenastolatek, nie znałem takiego powiedzonka, i przed oczami mojej wyobraźni stanął obraz wielkiego drzewa z małymi, pachnącymi kwiatkami na które jako dziecko miałem alergię. I nic a nic nie rozumiałem co to drzewo – lipa – może mieć wspólnego z modlitwą o niebo dla mnie i dla mojej Rodziny. (Dziś, gdy pisze to wspomnienie uśmiecham się, bo przypominam sobie, że cmentarz, na który chodzę od dziecka – dziś także na grób mojego Taty, Babć i Dziadka – nazywa się cmentarzem lipowym). Br. Józef po moim zapewnieniu wypisał mi dyplomik – dowód mojej dobrowolnej decyzji przyłączenia się do ADS.

Za modlitwę zabrałem się sumiennie. Najpierw codziennie. Tak jak należało – ucząc się na pamięć formułki, którą odmawiam do dziś, razem ze wskazówkami zawartymi w nawiasach: „Przygotowanie na śmierć (czynić każdego wieczoru)…”. Potem nadszedł czas modlenia się o dobrą śmierć tylko raz w tygodniu – w niedzielę. Chyba, po prostu, jako młodemu chłopakowi, nie zawsze chciało mi się modlić regularnie.

Ale ten okres nie trwał długo. Znowu wróciłem do regularnej modlitw i tak jest do dziś. „W międzyczasie” zostałem księdzem, zrobiłem specjalizację z eschatologii (czyli tego działu teologii, który zajmuje się śmiercią i tym co nastąpi po niej), i… zostałem duszpasterzem Apostolstwa Dobrej Śmierci, a także redaktorem naszego biuletynu.

I cóż powiedzieć? Przecież u Boga nie ma przypadków i u Niego wszystko ma sens. Sens, który widać dopiero po czasie, a niekiedy dopiero w wieczności…